Sobota, poranek
Oczy ciężkie
Niewyspane
Sny poskręcane
Nieznośny brzęk
Komarów kosiarek
Budzi miasto,
Które oddane słońcu
Wkrótce zanurzy się
W upale
Nie myślę o tym wcale
Lecz patrząc
Na Nią śpiącą
Uśmiecham się
Milcząco
A w tym uśmiechu
Jest wszystko
Od świętości kochania
Do kochania grzechu
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz