Droga miękko kończyła się wodospadem.
W krystalicznej wodzie tonął zmierzch.
Delikatnie się czerwieniąc, chował się nieustannie,
Wpatrzony w srebro księżyca chłodnych oczu,
Zamglone minuty biegły w stronę nocy,
Nieustannie poganiając czas – do snu.
A noc w wieczorowej sukni przyszła sama,
Lśniąc milionem gwiazd przytuliła świat,
I szepcząc cicho aksamitną kołysankę,
Pogrążyła wszystkich w spokojnym śnie
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz